Zakończenia nie mają najmniejszego sensu.
Zakończenia nie mają najmniejszego sensu, no chyba, że narrator, który jest też bohaterem książki umiera. Wtedy owszem, książka kończy się wraz ze śmiercią i dlatego też zakończenie ma sens, wnosi coś do książki, dlatego, że musi.
W każdym innym wypadku jednak zakończenie nie ma sensu. Książka to życie, książka się kończy. Życie niekoniecznie. Dlatego też zakończenia mają największy sens... gdy go właśnie nie mają. Gdy zakończenie nie kończy niczego, albo jest za końcem historii. Nie powinno, niczego wyjaśniać, ewentualnie zadawać pytania, dawać wątpliwości. Nie zaczynać niczego nowego.
To wcale nie jest tak, że zakończenie jest podsumowaniem książki. Niby z jakiej racji? Zakończenie to zakończenie,. Można by wręcz napisać, że zakończenie to początek, lub całość nowej książki.
A teraz powiem Wam skąd te moje przemyślenia. po pierwsze długo gadałam o tym z Burzą, bo co do tej kwestii mamy totalnie odmienne zdanie. Jednak do napisania tego postu popchało mnie zakończenie niezwykłej książki "Wszystkie jasne miejsca".
Zakończenie w tej książce było kontr- podsumowaniem całej fabuły. Jak inaczej nazwać to, że przez całą książkę ludzie odnajdują tyle powodów do życia, są naprawdę szczęśliwi (nie na pokaz)... a na końcu popełniają samobójstwo? Owszem jestem trochę otępiona, otępiała, ale rozumiem dlaczego tak się stało. Nie będę przytaczać jednak fabuły, powiem Wam tylko dlaczego to rozumiem.
Przez całą książkę główni bohaterowie szukali czegoś co zatrzyma ich na tym świecie. Znaleźli, siebie. Słodko, prawda? I kiedy już myślałam, że wszystko będzie dobrze... buch, bach. Samobójstwo chłopaka, żałoba dziewczyny, powrót do szkoły i koniec książki. Zakończenie niczego nie wyjaśnia, burzy wszystko co wierzyłam od początku. Tak jak czasem z życiem, prawda?
Książka to życie, koniec naszego życia nie musi podsumowywać czy żyliśmy dobrze czy źle.
Książka sama w sobie jest podsumowaniem przemyśleń autora.
Zakończenia nie mają zakończeń.
Blog trzech śmiałych dziewczyn o marzeniach, ich życiu, tym co im siedzi w głowie i co przelewają na papier!
środa, 30 marca 2016
sobota, 19 marca 2016
Czy wspominałam, że cię kocham- Estelle Maskame
To miały być dla Eden normalne wakacje, tylko, że spędzone razem z nową rodziną jej ojca. Jej rodzice rozwiedli się kilka lat temu, ale dopiero teraz dziewczyna dostała jakąkolwiek informacje od ojca.
Teraz ma pojechać z Portland do Santa Monica w Kalifornii. Cała rodzina wydaje się być całkiem miła, nie licząc sarkastycznego i zbuntowanego Tyler'a Bruce. Dziewczyna nie zamierza przejmować się zaczepkami, a raczej całkowitym lekceważeniem ze strony chłopaka. Nie jest to jednak zbyt łatwe.
Doskonale wie, że nie powinna się nim interesować. Tyler ma się jej kojarzyć z alkoholem, trawką, jednym słowem z "dupkiem". Nie da się jednak spędzić całego lata w towarzystwie ojca lub jej drugiego dwunastoletniego brata. Tyler i jego paczka biorą więc Eden pod swoje skrzydła i jest tak jak się tego spodziewała, pozwalają jej doświadczać zupełnie nowych dla niej przeżyć- imprez, plażowania...i łamania zasad.
Dziewczyna, im bardziej go poznaje, tym bardziej jest zafascynowana jego życiem. Nie może sobie jednak pozwolić, żeby fascynacja zmieniła się w bardziej intymny sposób. W końcu to jej przyrodni brat!
Z czasem dziewczyna odkrywa co kryje się za beztroską i nie zbyt rozsądną postacią chłopaka. A to prowadzi do jeszcze większej fascynacji, zrozumienia ale też do rozczarowania i bólu. A żeby nie było zbyt sielankowo, okazuje się, że Tyler ma dziewczynę. Coś jest jednak nie tak, skoro mówi, że kocha Eden, ale nie może zerwać z Tiffany...
Nie lubię książek o miłości, są one naprawdę przereklamowane. Tutaj jednak, choć miłość jest tutaj wątkiem głównym, nie przeszkadzało mi to. Jest tu też dużo zwrotów akcji, tak że nie miałam pojęcia, jak się skończy książka. Po przeczytaniu każdej kolejnej strony myślałam sobie: "a, no to pewnie skończy się tak...", ale za chwilę nie byłam już tego taka pewna.
Jest to idealna historia o miłości, dla osób które nie lubią romansów.
Idealne przedstawienie ciężkich problemów, i nie do końca beztroskiego życia, dla osób które nic chcą dołować się przy czytaniu książki.
Idealna książka o nieidealnym życiu.
piątek, 4 marca 2016
"Heroes of Our Generation..."
... czyli prawdziwe Znaczenie Książek
Po co są książki? Dlaczego je czytamy? Czy są one potrzebne? Niby proste pytanie, nie sądzisz? Każdy z nas ma na to jakąś odpowiedź, która jest według niego najlepsza. I ma rację. Ale teraz, grzecznie Cię proszę, wysłuchaj mojej prawdy, a być może dodasz ją do swojego twierdzenia.
Lubię czytać i nie kryję się z tym. Książki uważam za niesamowitą rzecz i najlepszy wynalazek ludzkości. Jednak dlaczego? Cóż, dzięki książce, w ułamku sekundy, mogę zatopić się w innym świecie i to jest jej najlepsza cecha. Na tych zwykłych kartkach mogę okrążyć cały świat w 88 dni, pokonać tyrana na grzbiecie smoka i stanąć do pojedynku na czary. Niesamowite? Nie łapiecie o co chodzi? Zapewne wielu z was słucha muzyki, najczęściej na słuchawkach. Też uwielbiam to robić, a zawsze uderza mnie to jak tworzy to mój mały świat, gdzie tylko ja słyszę muzykę i tylko ja mogę do niej tańczyć. A mimo to nigdy nie jestem w stanie podgłośnić muzyki na tyle (lubię stan moich bębenków usznych) by całkowicie zagłuszyć świat wokoło. Cały czas będę słyszała czyjeś kroki, szmery rozmów, trąbienie aut, miauczenie kota, szczekanie psa. Zawsze. Natomiast gdy otworze książkę, dosłownie się w niej zapadam, znikam, doszło już od takich sytuacji, że nie usłyszałam kto co do mnie mówił, choć stał obok, tylko dlatego, że czytałam. Czy to nie niesamowite? Pozwala to w kilka chwil oderwać się od nudnej rzeczywistości, odpocząć od stresujących sytuacji, bo wchodzimy do świata gdzie wszystko jest możliwe. Do świata, który sami sobie wybieramy.
Czy to więc jedyny argument na to, że książki są potrzebne? Nie. Popatrzymy na nas i na jedno pokolenie wstecz, na naszych rodziców (proszę się nie bać, to naprawdę nie jest tak daleko). W ich czasach podróże były niezwykle utrudnione, przynajmniej w Polsce, żeby wyjechać z kraju trzeba było ogromnych ochów, achów, biurokracji i wysiłku. Technologia nie stała też na takim poziomie jak teraz i nie mieli oni aż tylu perspektyw jak my teraz. Pewnie większość z was (mam nadzieję, że każdy) kojarzy serię "Tomek na Czarnym Lądzie", "Tomek w Grobowcu Faraona" itd. Wyobraźcie sobie teraz jakie niesamowite możliwości otwierały te książki. Podróże za tak nie wiele, przygody, które zapierają dech w piersiach. Coś tak rozległego, praktycznie cały świat, zawarty w niepozornych, papierowych stronach. Książka daje możliwość życia tysiącami żyć w jednym, to najprawdziwsza prawda.
Składamy się z książek. Nie, to nie żart. Podświadomie, lub nie szukamy wzorców. Kogoś lub czegoś co moglibyśmy naśladować, coś co uznamy za warte podziwu i godne naśladowania. A cóż jest bardziej godne naśladowania niż postacie takie jak pewien Hobbit z Shire, Chłopiec, który Przeżył, Dziewczyna Igrająca z Ogniemm Syn Posejdona, czy Pierwszy Skoczek? Mimo że nie przeżywamy takich przygód jak oni na własnej skórze, jesteśmy ich cichymi towarzyszami, oddziaływują oni na nas niczym żywi ludzie. I choć wiele osób przestaje teraz czytać, na rzecz telefonu i Internetu, to nadal wiele osób bierze przykład z tych bohaterów. I mimo wielu przeszkód, stali się oni Bohaterami Naszej Generacji.
Świat, który jest zawarty w książkach pozwala nam, dzieciom marzącym o podróżach, przygodach, walkach ze smokami, czy byciem ratowanym przez księcia na przeżycie przygód o jakim nam się nie śniło. To magia. Magia, którą zamierzam pielęgnować. I chyba wiem, czego boję się najbardziej na świecie. Boję się, że moje dziecko nie polubili czytania. Myślę, że to najgorsza rzecz, jaka mogła bym mnie w życiu spotkać.
~ Burza
środa, 2 marca 2016
Wyścig śmierci "Jest pierwszy dzień listopada, więc dzisiaj ktoś umrze."
Hejo tu Hope. Miałam dzisiaj na dziewiątą w szkole więc trochę sobie poczytałam. Książkę, którą od przyjaciółki dostałam już... ze trzy lata temu? Ale jakoś nie mogłam się zabrać za czytanie. "Wyścig śmierci" Maggie Stiefvater. Nazwisko znane pewnie fanom "Drżenia", jednak Wyścig jest czymś zupełnie innym.
Książki jeszcze nie skończyłam, ale jestem tak zaaferowana, (czytałam prawie cały dzień, w tym na chemii) że już teraz coś- nie coś Wam o niej napiszę.
Każdego roku na wyspie Thisby odbywa się Wyścig Skorpiona. Jeźdźcy na swoich rumakach, szalenie niebezpiecznych muszą zrobić wszystko żeby dostać się do mety.
Jednak dla niektórych nie jest to tylko walka o wygraną, i przeżycie. Dla Kate "Puck" jest to walka o szansę na lepsze życie codzienne. Bo po tym jak umarli jej rodziców, a jej starszy brat uciekł kilka dni przed konkursem jeźdźców, musi zadbać o to by nie stracić też domu i schronienia dla młodszego brata.
Sean Kendrick zwyciężył w zawadach już kilka razy. Teraz musi wystartować raz jeszcze by zatrzymać swojego kochanego rumaka i zapewnić sobie przyszłość.
Zwycięzca może być tylko jeden.
Czytam, pochłaniam teraz książkę i cały czas doszukuję się w niej wątku miłosnego. I to właśnie jest niezwykłe w tej książce, bo na razie nic nie wskazuje na to, że taki się pojawi. A główni bohaterowie rozmawiali ze sobą tylko raz przez 254 strony! I choć oprócz pasji do koni nie łączy ich nic więcej, a on chyba nawet nie zna jej imienia, książka uzależnia.
Nie wiem sama czego się spodziewać. Czy ktoś zginie? W końcu to Wyścig Śmierci. Czy Puck poukłada sobie życie? Czy wróci do domu jej brat? Czy Sean zatrzyma swojego ukochanego konia? Czy on i dziewczyna poznają się bliżej? I w końcu- kto wygra? Nie wiem jeszcze jak się kończy, ale bez wątpienia wiem jedno- warto.
Książki jeszcze nie skończyłam, ale jestem tak zaaferowana, (czytałam prawie cały dzień, w tym na chemii) że już teraz coś- nie coś Wam o niej napiszę.
Każdego roku na wyspie Thisby odbywa się Wyścig Skorpiona. Jeźdźcy na swoich rumakach, szalenie niebezpiecznych muszą zrobić wszystko żeby dostać się do mety.
Jednak dla niektórych nie jest to tylko walka o wygraną, i przeżycie. Dla Kate "Puck" jest to walka o szansę na lepsze życie codzienne. Bo po tym jak umarli jej rodziców, a jej starszy brat uciekł kilka dni przed konkursem jeźdźców, musi zadbać o to by nie stracić też domu i schronienia dla młodszego brata.
Sean Kendrick zwyciężył w zawadach już kilka razy. Teraz musi wystartować raz jeszcze by zatrzymać swojego kochanego rumaka i zapewnić sobie przyszłość.
Zwycięzca może być tylko jeden.
Czytam, pochłaniam teraz książkę i cały czas doszukuję się w niej wątku miłosnego. I to właśnie jest niezwykłe w tej książce, bo na razie nic nie wskazuje na to, że taki się pojawi. A główni bohaterowie rozmawiali ze sobą tylko raz przez 254 strony! I choć oprócz pasji do koni nie łączy ich nic więcej, a on chyba nawet nie zna jej imienia, książka uzależnia.
Nie wiem sama czego się spodziewać. Czy ktoś zginie? W końcu to Wyścig Śmierci. Czy Puck poukłada sobie życie? Czy wróci do domu jej brat? Czy Sean zatrzyma swojego ukochanego konia? Czy on i dziewczyna poznają się bliżej? I w końcu- kto wygra? Nie wiem jeszcze jak się kończy, ale bez wątpienia wiem jedno- warto.
"JEST PIERWSZY DZIEŃ LISTOPADA, WIĘC DZISIAJ KTOŚ UMRZE"
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






