Mam w swojej głowie chaos, a choć według opinii wielu, to nie jest aż tak zła rzecz, to doskonale wiem, że nie tego potrzebuje pisarz. Choć tu też reguły nie ma, bo w sumie chaos to chyba najbardziej kreatogenne źródło jakie może istnieć (poza muzyką ofc). W każdym razie, w mojej głowie panuje chaos, nieład, mętlik, natłok myśli, natłok... natłok pomysłów! Tak, dokładnie to!
Powiecie pewnie: "i super i co nam tak biadolisz, co? Przecież 3/4 pisarzy pragnie mieć wenę od tak na zawołanie ręki, więc co ty tu jeszcze robisz, zapierniczaj pisać książki!". Otóż sprawa jest z lekka bardziej skomplikowana. No bo wiecie, to nie jest tak, że mam pomysły na tę jedną, konkretną książkę i rozwój jej akcji. Ja mam pomysły na MILION książek i to zazwyczaj strasznie ogólne. To, że jeszcze nie popełniłam pisarskiego harakiri to chyba jakiś cud! Albo, że moje własne pomysły nie rzuciły się na mnie z zębami i pazurami, bo cały czas obiecuję im realizację, której doczekanie się graniczy z cudem.
Poza książką, którą aktualnie pisze, posiadam pomysły na jeszcze kilka (dokładnie 4) inne książki, dość ogólne, ale uważam, że są to pomysły dobre. I tu pojawia się kolejny problem, a raczej umowa z samym sobą, że nie zacznę innej książki, zanim nie skończę tej (przynajmniej pierwszej części tej) i co?? I umieram, bo w mojej głowie, zamiast takowego ładu i składu jest mętlik i natłok myśli, nie to że nie chcianych, ale lekko niepożądanych w tym momencie mojej twórczej kariery, Rozumiem, że pomysły chcą być wykorzystane, ale przecież nie wszystkie na raz, prawda?! Lubię robić kilka rzeczy na raz, ale nie w tym przypadku, za bardzo zależy mi na mojej książce i na tym co pisze, jednak natłok nie znika i nie wiem jak się go pozbyć... Cóż, może kiedyś doczeka się przelania na papier, tego nie wiem, ale szczerze wierzę, że tak będzie. Jednak doczeka się tego szybciej, jeśli wena zamiast podsyłać mi ogólniaki, niech przyśle fajny (najlepiej zabawnie-błyskotliwo-sarkastyczny dialog) do książki, którą już piszę, wtedy będzie miodzio.
~Burza
Pisz dla książek, nie dla kasy
Blog trzech śmiałych dziewczyn o marzeniach, ich życiu, tym co im siedzi w głowie i co przelewają na papier!
czwartek, 8 września 2016
niedziela, 12 czerwca 2016
Wiem dlaczego chcę pisać!
Tytuł dziwny, nieprawdaż? Ale nie oto chodzi, ja zawsze robię coś dziwnego, czytajcie dalej! Chodzi mi o to, że wreszcie rozumiem po co to wszystko robię! W sensie wiedziałam to od bardzo dawna, ale dopiero teraz sobie to uświadomiłam! Tworzenie dla mnie jest czymś niesamowitym i robię to ponieważ to kocham! Robię ponieważ mi to wychodzi, ponieważ dzięki temu czuję się szczęśliwa! Ponieważ widzę w tym sens jakiego nie widzi nikt inny, ponieważ tylko ja mogę tp zrozumieć w ten jeden, jedyny unikalny sposób jaki będę czuła tylko ja! I ty masz dokładnie to samo i zazdroszczę CI ponieważ nigdy nie będę w stanie poczuć tego tak jak ty! Życię prowadzi mnie po różnych drogach, ale ja nadal mam przy sobie długopis i kartkę papieru. I tylko tyle wystarczy mi do szczęścia! Mogę przelać moje myśli na papier, stworzyć coś czego wcześniej nie było, wykreować rzeczywistość, jednym pociągnięciem ożywić postać i zburzyć górę. Słowem mogę zniszczyć świat i sprawić, ze dwoje ludzi będzie razem już na zawsze! Jednak nie tylko dlatego tworzę. Moja twórczość będzie wieczna, ja w to wierzę! Wierzę, że ludzie pokochają mój świat i przemienią go we własny czytając moje książki i moje wiersze, przeżywając przygody razem ze mną! Chcę tego i z całego serca wierzę, ze tak się stanie! Stworzę siat będący światem innych! Marzę o tym i ja wiem, że to marzenie się spełni! Wydam książkę i pokocha ją cały świat! Ponieważ.... ja chcę stworzyć coś pięknego! Coś niesamowitego, coś co inni pokochają, co sprawi że ktoś będzie się śmiał i płakała i odczuwał jak nigdy wcześniej! Chcę to zrobić, to jest mój cel i dokonam tego! Właśnie po to piszę by tworzyć by się śmiać, by kochać i płakać i by pokazać to wszystko innym! Jestem szczęśliwą czternastolatką z mnóstwem marzeń, psem, dwoma kotami i życiem, którego nie ma zamiaru zakończyć ani teraz ale dopiero wtedy gdy przyjdzie czas! Z życiem, które jest jej najcenniejszym skarbem i ma zamiar przeżyć je najlepiej jak potrafi i pokazać je innym! Jestem dziewczyną która się nie boi, która ma zamiar pokazać innym siebie, nie bojąc się, że zostanie zraniona! Jestem dziewczyną, która wierzy w szczęśliwe zakończenia i w bajki, w to że marzenia się spełniają i że wszechświat może być mi winny jedno życzenie tylko dlatego, że udało jej się zdmuchnąć całego dmuchawca za jednym razem! Wierzę w cuda, prawdziwą miłość, lojalną przyjaźń i w to że o 12 w Wigilię mój pies przemówi! A przede wszystkim ja wierzę w swoje marzenia i mam zamiar za nimi podążać. Mogę być jedną z tysiąca, ale jestem wyjątkowa. Tak samo jak ty i ja w to wierzę! Wierzę w wiele rzeczy, które dają mi siłę by się uśmiechnąć i pokazać ten uśmiech innym! Oto kim jestem! Jestem zwykłą dziewczyną i jestem niezwykła na tysiąc sposobów! Mogę być kim chce! Ja w to wierzę. Oto mój manifest, to czym jestem i coś jeszcze. To kim będę.
sobota, 14 maja 2016
No, no raz się przegrywa, raz się przegrywa czyli o inwencji twórczej... a raczej jej braku
Wygląda na to, że zostałam sama na polu boju. No cóż, raz się przegrywa, raz się przegrywa.
Tu jest chyba ten moment, w którym ogłaszam wszem i wobec, że przegrałam, kończę pisać. Tak, wiem, jeszcze kilka miesięcy temu pisałam, że jest to dla mnie wszystkim.
...Ale teraz już bardziej niczym, bo nic nie piszę już od dość długiego czasu. Moja druga część książki leży nie dokończona, ba powiedzieć, że jest rozwinięta to byłoby kłamstwem, więc hmm... na pewno jest zaczęta. I na tym etapie już chyba pozostanie.
Od początku pierwszej gimnazjum napisałam ponad sto fraszek, tej klasie też pisałam na nie legalu moje pierwsze duże opowiadanie, jeszcze fantasy, o aniołach. Nie skończyłam go, pogubiłam zeszyty. część spaliłam a napisałam w sumie dwieście- ileś tam storn.
No i w końcu zaczęłam pisać "dzieło moich lekcji chemii" czyli tak bardzo ambitną, oryginalną, opowieść o szkole i zbuntowanych nastolatkach. Było to dla mnie całym życiem, pisałam pierwszą część pod koniec pierwszej g, a na wakacjach skończyłam i nawet przepisałam na komputer, też dwieście- ileś tam stron.
Skończyłam, wydrukowałam na domowej drukarce, zaprojektowałam nawet okładkę, bo lubię rysować i zaczęłam pisać drugą cześć. Sto stron. Zaczęłam też przepisywać na kompa, ale nie skończę. Coraz częściej siadałam przed tym durnym zeszytem i tylko gapiłam się na kartki w kratki. Byłam taka zafascynowana, miałam tyle pomysłów, ale potem szlak trafił dalszą część, coraz rzadziej pisałam więc straciło to siłą rzeczy jakąś ciągłość. No i na tym stanęło, na niedokończonym zdaniu, nie dokończonej opowieści o czwórce nastolatków.
Potem jeszcze próbowałam, sklecić jakąś dalszą część dr. Housa na papiersze, skończyło się na nie całych dwóch stronach. Potem na chemii powstał jaki- taki prolog do książki typu "Czerwona królowa" czy "Rywalki". Ale na tej samej lekcji trafił podarty do kosza.
Tak więc, kończę.
Może na blogu od czasu do czasu się pojawię, z jakąś recenzją, albo przemyśleniem. Ale żadnych opowiadań nie będzie, w sumie... nigdy ich nie było. Papatki.
Hope.
"Kończyć coś to równocześnie coś rozpocząć"
"Teoretycznie to już koniec, ale praktycznie w środku coś jednak nie pozwala zapomnieć."
"I'm sorry I pushed you away. It;s what I do when I'm afraid."
Tu jest chyba ten moment, w którym ogłaszam wszem i wobec, że przegrałam, kończę pisać. Tak, wiem, jeszcze kilka miesięcy temu pisałam, że jest to dla mnie wszystkim.
...Ale teraz już bardziej niczym, bo nic nie piszę już od dość długiego czasu. Moja druga część książki leży nie dokończona, ba powiedzieć, że jest rozwinięta to byłoby kłamstwem, więc hmm... na pewno jest zaczęta. I na tym etapie już chyba pozostanie.
Od początku pierwszej gimnazjum napisałam ponad sto fraszek, tej klasie też pisałam na nie legalu moje pierwsze duże opowiadanie, jeszcze fantasy, o aniołach. Nie skończyłam go, pogubiłam zeszyty. część spaliłam a napisałam w sumie dwieście- ileś tam storn.
No i w końcu zaczęłam pisać "dzieło moich lekcji chemii" czyli tak bardzo ambitną, oryginalną, opowieść o szkole i zbuntowanych nastolatkach. Było to dla mnie całym życiem, pisałam pierwszą część pod koniec pierwszej g, a na wakacjach skończyłam i nawet przepisałam na komputer, też dwieście- ileś tam stron.
Skończyłam, wydrukowałam na domowej drukarce, zaprojektowałam nawet okładkę, bo lubię rysować i zaczęłam pisać drugą cześć. Sto stron. Zaczęłam też przepisywać na kompa, ale nie skończę. Coraz częściej siadałam przed tym durnym zeszytem i tylko gapiłam się na kartki w kratki. Byłam taka zafascynowana, miałam tyle pomysłów, ale potem szlak trafił dalszą część, coraz rzadziej pisałam więc straciło to siłą rzeczy jakąś ciągłość. No i na tym stanęło, na niedokończonym zdaniu, nie dokończonej opowieści o czwórce nastolatków.
Potem jeszcze próbowałam, sklecić jakąś dalszą część dr. Housa na papiersze, skończyło się na nie całych dwóch stronach. Potem na chemii powstał jaki- taki prolog do książki typu "Czerwona królowa" czy "Rywalki". Ale na tej samej lekcji trafił podarty do kosza.
Tak więc, kończę.
Może na blogu od czasu do czasu się pojawię, z jakąś recenzją, albo przemyśleniem. Ale żadnych opowiadań nie będzie, w sumie... nigdy ich nie było. Papatki.
Hope.
"Kończyć coś to równocześnie coś rozpocząć"
"Teoretycznie to już koniec, ale praktycznie w środku coś jednak nie pozwala zapomnieć."
"I'm sorry I pushed you away. It;s what I do when I'm afraid."
sobota, 7 maja 2016
"Wbijaj na kwadrat" czyli lekcja języka polskiego
W mojej szkole ogólnie cały czas jest zabawnie i wszyscy śmiejemy się z czego popadnie.
Dzisiaj nie było inaczej a entuzjazm i tzw. ADHD udzielało nam się jak zwykle, jednak atmosfera na ostatniej lekcji była trochę... no nazwać ją "luźną" to za mało. Był nią polski, bo niestety odwołali nam wf na którym zwykle byśmy się wyszaleli. Lekcja, temat: "Styl- czyli (to czego nam brakuje) język odpowiedni do sytuacji". Po kilku nudnych wykresach rozróżniających styl artystyczny od publicystycznego, przeszliśmy do tekstu z podręcznika, w którym pojawiały się z pewnością wszystkim dobrze znane zwroty typu: wbijaj... (może nie na kwadrat) ale na chatę, skróty: zw, cr, nwm, lol, SWAG, elo mordo i takie tam inne.
Nikt nie z nas natomiast nie słyszał o słowach pojawiających się na dzisiejszej lekcji w podręczniku jak: dereń, czerep, immunitet, insurekcja, pomijam fakt, że pochodzą one z obcych języków, ale yolo.
Jak zaczęliśmy rozmawiać o naszych wpadkach wiedzowych i językowych przypomniało nam się co takiego. Że przecież każdy inteligent wie, że "Hefajstos był mechanikiem", "Prometeusz ukradł ludziom ogień", "Syzyf był bardzo złym człowiekiem, który turlikał kamyczek pod górę i że ten kamyczek mu się wymsknął, gdy był już prawie, prawie na końcu dlatego też został ukarany przez bogów Olimpu", a "Persefona była żoną Zeusa". Tak, wiem Mitologia Grecka- opanowana PRAWIE do perfekcji.
Podobnie jak "Zemsta". Temat lekcji brzmiał: "Aleksander Fredro- Zemsta. Test z lektury- to jest jakaś porażka".
Często też zdarza się tak, że zamiast rozmawiać na polskim o "Panu Tadeuszu", komuś nagle przypomina się, że w szóstej klasie miał zamiar zadać pani od WDŻR nurtujące pytanie, ale albo zapomniał, albo pani go olała. Na szczęście na polonistów zawsze można liczyć, i niezwykle fascynujący życiorys Adama Mickiewicza zostaje zastąpiony dyskusjami o aborcji, IN VITRO itp.
Również w kwestiach wiary możemy zwrócić się do pani od polaka, jak przystało na porządnych polonistów zaczynamy rozmawiać o książkach typu... "Harry Potter", no bo czy to przypadek, że na stronie sześćset sześćdziesiąt sześć znajduje się opis obrzędów satanistycznych?
Czasami jednak przeginamy i to dość mocno, albo "wypuszczamy się jak gumka z majtek" gdy nikt nie ma zamiaru słuchać o naszych wątpliwościach. Wtedy pani bierze pisak do tablicy, przywołuje kogoś z nas wzrokiem, woła: "orientuj się" i rzuca. Jeśli ktoś złapie, ma szczęście i jeszcze dwa upomnienia w rezerwie. Jeśli nie.., strach pomyśleć co będzie się dziać.
A wtedy zacznie się wpisywanie uwag. Uwag pod tytułem "rzuca granatem podczas lekcji", "śpiewa na lekcji muzyki" i takie tam, inne...
Za rok egzaminy i zobaczymy czy będziemy wiedzieć coś oprócz tego, że "Harry Potter to zło wcielone".
Dzisiaj nie było inaczej a entuzjazm i tzw. ADHD udzielało nam się jak zwykle, jednak atmosfera na ostatniej lekcji była trochę... no nazwać ją "luźną" to za mało. Był nią polski, bo niestety odwołali nam wf na którym zwykle byśmy się wyszaleli. Lekcja, temat: "Styl- czyli (to czego nam brakuje) język odpowiedni do sytuacji". Po kilku nudnych wykresach rozróżniających styl artystyczny od publicystycznego, przeszliśmy do tekstu z podręcznika, w którym pojawiały się z pewnością wszystkim dobrze znane zwroty typu: wbijaj... (może nie na kwadrat) ale na chatę, skróty: zw, cr, nwm, lol, SWAG, elo mordo i takie tam inne.
Nikt nie z nas natomiast nie słyszał o słowach pojawiających się na dzisiejszej lekcji w podręczniku jak: dereń, czerep, immunitet, insurekcja, pomijam fakt, że pochodzą one z obcych języków, ale yolo.
Jak zaczęliśmy rozmawiać o naszych wpadkach wiedzowych i językowych przypomniało nam się co takiego. Że przecież każdy inteligent wie, że "Hefajstos był mechanikiem", "Prometeusz ukradł ludziom ogień", "Syzyf był bardzo złym człowiekiem, który turlikał kamyczek pod górę i że ten kamyczek mu się wymsknął, gdy był już prawie, prawie na końcu dlatego też został ukarany przez bogów Olimpu", a "Persefona była żoną Zeusa". Tak, wiem Mitologia Grecka- opanowana PRAWIE do perfekcji.
Podobnie jak "Zemsta". Temat lekcji brzmiał: "Aleksander Fredro- Zemsta. Test z lektury- to jest jakaś porażka".
Często też zdarza się tak, że zamiast rozmawiać na polskim o "Panu Tadeuszu", komuś nagle przypomina się, że w szóstej klasie miał zamiar zadać pani od WDŻR nurtujące pytanie, ale albo zapomniał, albo pani go olała. Na szczęście na polonistów zawsze można liczyć, i niezwykle fascynujący życiorys Adama Mickiewicza zostaje zastąpiony dyskusjami o aborcji, IN VITRO itp.
Również w kwestiach wiary możemy zwrócić się do pani od polaka, jak przystało na porządnych polonistów zaczynamy rozmawiać o książkach typu... "Harry Potter", no bo czy to przypadek, że na stronie sześćset sześćdziesiąt sześć znajduje się opis obrzędów satanistycznych?
Czasami jednak przeginamy i to dość mocno, albo "wypuszczamy się jak gumka z majtek" gdy nikt nie ma zamiaru słuchać o naszych wątpliwościach. Wtedy pani bierze pisak do tablicy, przywołuje kogoś z nas wzrokiem, woła: "orientuj się" i rzuca. Jeśli ktoś złapie, ma szczęście i jeszcze dwa upomnienia w rezerwie. Jeśli nie.., strach pomyśleć co będzie się dziać.
A wtedy zacznie się wpisywanie uwag. Uwag pod tytułem "rzuca granatem podczas lekcji", "śpiewa na lekcji muzyki" i takie tam, inne...
Za rok egzaminy i zobaczymy czy będziemy wiedzieć coś oprócz tego, że "Harry Potter to zło wcielone".
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Szkolne życie
Czy Wy też tak mieliście, że Wasze szkolne życie toczyło się w toaletach? Albo w jakiś zakazanym miejscu gdzie gadaliście z płcią przeciwną? Tak mnie coś naszło ta takie tematy, ponieważ dzisiaj gadałam z chłopakiem z klasy, do której teraz wróciłam po półtora rocznej przerwie, o tym jakie mieliśmy odpały w podstawówce.
I jakbym miała to podsumowywać to większość przerw, a czasem również lekcje spędzałam siedząc na parapecie w toalecie z dziewczynami z klasy, gdy nauczyciele wyganiali nas z tego niezwykle pachnącego miejsca przemykaliśmy się na schody do pracowni informatycznej z których prawie nikt nie korzystał.
W podstawówce w toaletach na prawdę dużo się działo. Pomijam całowanie się, (tak chłopak z dziewczyną w damskiej toalecie) bo to jest oczywiste. Ale większość szybkich rozmów z psychologiem, gdy w podstawówce ktoś uciekał tam płakać. Kłótnie, obgadywania, zwierzenia, słuchanie muzyki, używanie telefonów, robienie ściąg. Całe prawdziwe życie szkolne toczyło się w toaletach.
Do czasu kiedy nauczyciele na dobre nas stamtąd wygonili. Wtedy właśnie uciekaliśmy na schody, siedzieliśmy skuleni prze drzwiach, żeby nas nie zauważyli.
Tak było w podstawówce. Teraz wszyscy jesteśmy w gimnazjum. Lizaki zamieniły się w e- papierosy. Do toalet nie ucieka się już gadać tylko palić. A jak ktoś chce, żeby nikt go nie znalazł nie idzie na schody, tylko na dziesięcio- minotówce całą grupą, pięć osób z jednej klasy wybiega do lewiatana na rogu ulicy.
Teraz nikt już nie przejmuje się jedną jedynką czy uwagą. Ważne jest, żeby nie mieć zagrożenia i dobrze się bawić. Dorośli mogą to uważać za niedojrzałość, ale czy takie przypadkiem nie jest właśnie życie? Nieprzewidywalne, szalone. Czy nie jest podróżą przez chwile gorzkie i słodkie?
No i jak z tą nauką? Tak szczerze, czy jeśli będę pisać książki to czy ktoś będzie w życiu codziennym pytać się mnie kiedy miejsce miało zdobycie Konstantynopola przez Turków? (w 1453 jak nie wiecie, ale ja właśnie przepisałam to z zeszytu z historii). Oceny są ważne, a raczej nasza wiedza. Tak, warto w życiu nie być głąbem, ale bez przesady ;)
Najważniejsi są ludzie. To oni nas kształtują, to oni mają na nas największy wpływ. Ale nie można przez całe życie siedzieć w ławce obok pupilka pani wychowawczyni!!! Bo takie nie jest życie.
Trzeba poznawać, doznawać i wyrabiać swoje własne zdanie na różne tematy.
I jakbym miała to podsumowywać to większość przerw, a czasem również lekcje spędzałam siedząc na parapecie w toalecie z dziewczynami z klasy, gdy nauczyciele wyganiali nas z tego niezwykle pachnącego miejsca przemykaliśmy się na schody do pracowni informatycznej z których prawie nikt nie korzystał.
W podstawówce w toaletach na prawdę dużo się działo. Pomijam całowanie się, (tak chłopak z dziewczyną w damskiej toalecie) bo to jest oczywiste. Ale większość szybkich rozmów z psychologiem, gdy w podstawówce ktoś uciekał tam płakać. Kłótnie, obgadywania, zwierzenia, słuchanie muzyki, używanie telefonów, robienie ściąg. Całe prawdziwe życie szkolne toczyło się w toaletach.
Do czasu kiedy nauczyciele na dobre nas stamtąd wygonili. Wtedy właśnie uciekaliśmy na schody, siedzieliśmy skuleni prze drzwiach, żeby nas nie zauważyli.
Tak było w podstawówce. Teraz wszyscy jesteśmy w gimnazjum. Lizaki zamieniły się w e- papierosy. Do toalet nie ucieka się już gadać tylko palić. A jak ktoś chce, żeby nikt go nie znalazł nie idzie na schody, tylko na dziesięcio- minotówce całą grupą, pięć osób z jednej klasy wybiega do lewiatana na rogu ulicy.
Teraz nikt już nie przejmuje się jedną jedynką czy uwagą. Ważne jest, żeby nie mieć zagrożenia i dobrze się bawić. Dorośli mogą to uważać za niedojrzałość, ale czy takie przypadkiem nie jest właśnie życie? Nieprzewidywalne, szalone. Czy nie jest podróżą przez chwile gorzkie i słodkie?
No i jak z tą nauką? Tak szczerze, czy jeśli będę pisać książki to czy ktoś będzie w życiu codziennym pytać się mnie kiedy miejsce miało zdobycie Konstantynopola przez Turków? (w 1453 jak nie wiecie, ale ja właśnie przepisałam to z zeszytu z historii). Oceny są ważne, a raczej nasza wiedza. Tak, warto w życiu nie być głąbem, ale bez przesady ;)
Najważniejsi są ludzie. To oni nas kształtują, to oni mają na nas największy wpływ. Ale nie można przez całe życie siedzieć w ławce obok pupilka pani wychowawczyni!!! Bo takie nie jest życie.
Trzeba poznawać, doznawać i wyrabiać swoje własne zdanie na różne tematy.
środa, 30 marca 2016
Zakończenia. UWAGA nie czytaj jeśli masz zamiar przeczytać książkę "WSZYSTKIE JASNE MIEJSCA" -SPOILER
Zakończenia nie mają najmniejszego sensu.
Zakończenia nie mają najmniejszego sensu, no chyba, że narrator, który jest też bohaterem książki umiera. Wtedy owszem, książka kończy się wraz ze śmiercią i dlatego też zakończenie ma sens, wnosi coś do książki, dlatego, że musi.
W każdym innym wypadku jednak zakończenie nie ma sensu. Książka to życie, książka się kończy. Życie niekoniecznie. Dlatego też zakończenia mają największy sens... gdy go właśnie nie mają. Gdy zakończenie nie kończy niczego, albo jest za końcem historii. Nie powinno, niczego wyjaśniać, ewentualnie zadawać pytania, dawać wątpliwości. Nie zaczynać niczego nowego.
To wcale nie jest tak, że zakończenie jest podsumowaniem książki. Niby z jakiej racji? Zakończenie to zakończenie,. Można by wręcz napisać, że zakończenie to początek, lub całość nowej książki.
A teraz powiem Wam skąd te moje przemyślenia. po pierwsze długo gadałam o tym z Burzą, bo co do tej kwestii mamy totalnie odmienne zdanie. Jednak do napisania tego postu popchało mnie zakończenie niezwykłej książki "Wszystkie jasne miejsca".
Zakończenie w tej książce było kontr- podsumowaniem całej fabuły. Jak inaczej nazwać to, że przez całą książkę ludzie odnajdują tyle powodów do życia, są naprawdę szczęśliwi (nie na pokaz)... a na końcu popełniają samobójstwo? Owszem jestem trochę otępiona, otępiała, ale rozumiem dlaczego tak się stało. Nie będę przytaczać jednak fabuły, powiem Wam tylko dlaczego to rozumiem.
Przez całą książkę główni bohaterowie szukali czegoś co zatrzyma ich na tym świecie. Znaleźli, siebie. Słodko, prawda? I kiedy już myślałam, że wszystko będzie dobrze... buch, bach. Samobójstwo chłopaka, żałoba dziewczyny, powrót do szkoły i koniec książki. Zakończenie niczego nie wyjaśnia, burzy wszystko co wierzyłam od początku. Tak jak czasem z życiem, prawda?
Książka to życie, koniec naszego życia nie musi podsumowywać czy żyliśmy dobrze czy źle.
Książka sama w sobie jest podsumowaniem przemyśleń autora.
Zakończenia nie mają zakończeń.
Zakończenia nie mają najmniejszego sensu, no chyba, że narrator, który jest też bohaterem książki umiera. Wtedy owszem, książka kończy się wraz ze śmiercią i dlatego też zakończenie ma sens, wnosi coś do książki, dlatego, że musi.
W każdym innym wypadku jednak zakończenie nie ma sensu. Książka to życie, książka się kończy. Życie niekoniecznie. Dlatego też zakończenia mają największy sens... gdy go właśnie nie mają. Gdy zakończenie nie kończy niczego, albo jest za końcem historii. Nie powinno, niczego wyjaśniać, ewentualnie zadawać pytania, dawać wątpliwości. Nie zaczynać niczego nowego.
To wcale nie jest tak, że zakończenie jest podsumowaniem książki. Niby z jakiej racji? Zakończenie to zakończenie,. Można by wręcz napisać, że zakończenie to początek, lub całość nowej książki.
A teraz powiem Wam skąd te moje przemyślenia. po pierwsze długo gadałam o tym z Burzą, bo co do tej kwestii mamy totalnie odmienne zdanie. Jednak do napisania tego postu popchało mnie zakończenie niezwykłej książki "Wszystkie jasne miejsca".
Zakończenie w tej książce było kontr- podsumowaniem całej fabuły. Jak inaczej nazwać to, że przez całą książkę ludzie odnajdują tyle powodów do życia, są naprawdę szczęśliwi (nie na pokaz)... a na końcu popełniają samobójstwo? Owszem jestem trochę otępiona, otępiała, ale rozumiem dlaczego tak się stało. Nie będę przytaczać jednak fabuły, powiem Wam tylko dlaczego to rozumiem.
Przez całą książkę główni bohaterowie szukali czegoś co zatrzyma ich na tym świecie. Znaleźli, siebie. Słodko, prawda? I kiedy już myślałam, że wszystko będzie dobrze... buch, bach. Samobójstwo chłopaka, żałoba dziewczyny, powrót do szkoły i koniec książki. Zakończenie niczego nie wyjaśnia, burzy wszystko co wierzyłam od początku. Tak jak czasem z życiem, prawda?
Książka to życie, koniec naszego życia nie musi podsumowywać czy żyliśmy dobrze czy źle.
Książka sama w sobie jest podsumowaniem przemyśleń autora.
Zakończenia nie mają zakończeń.
sobota, 19 marca 2016
Czy wspominałam, że cię kocham- Estelle Maskame
To miały być dla Eden normalne wakacje, tylko, że spędzone razem z nową rodziną jej ojca. Jej rodzice rozwiedli się kilka lat temu, ale dopiero teraz dziewczyna dostała jakąkolwiek informacje od ojca.
Teraz ma pojechać z Portland do Santa Monica w Kalifornii. Cała rodzina wydaje się być całkiem miła, nie licząc sarkastycznego i zbuntowanego Tyler'a Bruce. Dziewczyna nie zamierza przejmować się zaczepkami, a raczej całkowitym lekceważeniem ze strony chłopaka. Nie jest to jednak zbyt łatwe.
Doskonale wie, że nie powinna się nim interesować. Tyler ma się jej kojarzyć z alkoholem, trawką, jednym słowem z "dupkiem". Nie da się jednak spędzić całego lata w towarzystwie ojca lub jej drugiego dwunastoletniego brata. Tyler i jego paczka biorą więc Eden pod swoje skrzydła i jest tak jak się tego spodziewała, pozwalają jej doświadczać zupełnie nowych dla niej przeżyć- imprez, plażowania...i łamania zasad.
Dziewczyna, im bardziej go poznaje, tym bardziej jest zafascynowana jego życiem. Nie może sobie jednak pozwolić, żeby fascynacja zmieniła się w bardziej intymny sposób. W końcu to jej przyrodni brat!
Z czasem dziewczyna odkrywa co kryje się za beztroską i nie zbyt rozsądną postacią chłopaka. A to prowadzi do jeszcze większej fascynacji, zrozumienia ale też do rozczarowania i bólu. A żeby nie było zbyt sielankowo, okazuje się, że Tyler ma dziewczynę. Coś jest jednak nie tak, skoro mówi, że kocha Eden, ale nie może zerwać z Tiffany...
Nie lubię książek o miłości, są one naprawdę przereklamowane. Tutaj jednak, choć miłość jest tutaj wątkiem głównym, nie przeszkadzało mi to. Jest tu też dużo zwrotów akcji, tak że nie miałam pojęcia, jak się skończy książka. Po przeczytaniu każdej kolejnej strony myślałam sobie: "a, no to pewnie skończy się tak...", ale za chwilę nie byłam już tego taka pewna.
Jest to idealna historia o miłości, dla osób które nie lubią romansów.
Idealne przedstawienie ciężkich problemów, i nie do końca beztroskiego życia, dla osób które nic chcą dołować się przy czytaniu książki.
Idealna książka o nieidealnym życiu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



