Nie bądź lama!

Ty, tak ty, kimkolwiek jesteś i na ten blog zawitałeś!
Być może, coś źle kliknąłeś, być może Ci się nie chce...,
Ale zostaw komentarz, to uraduje me serce
Wasze komentarze motywują nas do działania i pomagają! Więc daj komka, nie bądź lama!

czwartek, 8 września 2016

Natłok

Mam w swojej głowie chaos, a choć według opinii wielu, to nie jest aż tak zła rzecz, to doskonale wiem, że nie tego potrzebuje pisarz. Choć tu też reguły nie ma, bo w sumie chaos to chyba najbardziej kreatogenne źródło jakie może istnieć (poza muzyką ofc). W każdym razie, w mojej głowie panuje chaos, nieład, mętlik, natłok myśli, natłok... natłok pomysłów! Tak, dokładnie to!

Powiecie pewnie: "i super i co nam tak biadolisz, co? Przecież 3/4 pisarzy pragnie mieć wenę od tak na zawołanie ręki, więc co ty tu jeszcze robisz, zapierniczaj pisać książki!". Otóż sprawa jest z lekka bardziej skomplikowana. No bo wiecie, to nie jest tak, że mam pomysły na tę jedną, konkretną książkę i rozwój jej akcji. Ja mam pomysły na MILION książek i to zazwyczaj strasznie ogólne. To, że jeszcze nie popełniłam pisarskiego harakiri to chyba jakiś cud! Albo, że moje własne pomysły nie rzuciły się na mnie z zębami i pazurami, bo cały czas obiecuję im realizację, której doczekanie się graniczy z cudem.

Poza książką, którą aktualnie pisze, posiadam pomysły na jeszcze kilka (dokładnie 4) inne książki, dość ogólne, ale uważam, że są to pomysły dobre. I tu pojawia się kolejny problem, a raczej umowa z samym sobą, że nie zacznę innej książki, zanim nie skończę tej (przynajmniej pierwszej części tej) i co?? I umieram, bo w mojej głowie, zamiast takowego ładu i składu jest mętlik i natłok myśli, nie to że nie chcianych, ale lekko niepożądanych w tym momencie mojej twórczej kariery, Rozumiem, że pomysły chcą być wykorzystane, ale przecież nie wszystkie na raz, prawda?! Lubię robić kilka rzeczy na raz, ale nie w tym przypadku, za bardzo zależy mi na mojej książce i na tym co pisze, jednak natłok nie znika i nie wiem jak się go pozbyć... Cóż, może kiedyś doczeka się przelania na papier, tego nie wiem, ale szczerze wierzę, że tak będzie. Jednak doczeka się tego szybciej, jeśli wena zamiast podsyłać mi ogólniaki, niech przyśle fajny (najlepiej zabawnie-błyskotliwo-sarkastyczny dialog) do książki, którą już piszę, wtedy będzie miodzio.
~Burza

niedziela, 12 czerwca 2016

Wiem dlaczego chcę pisać!

Tytuł dziwny, nieprawdaż? Ale nie oto chodzi, ja zawsze robię coś dziwnego, czytajcie dalej! Chodzi mi o to, że wreszcie rozumiem po co to wszystko robię! W sensie wiedziałam to od bardzo dawna, ale dopiero teraz sobie to uświadomiłam! Tworzenie dla mnie jest czymś niesamowitym i robię to ponieważ to kocham! Robię ponieważ mi to wychodzi, ponieważ dzięki temu czuję się szczęśliwa! Ponieważ widzę w tym sens jakiego nie widzi nikt inny, ponieważ tylko ja mogę tp zrozumieć w ten jeden, jedyny unikalny sposób jaki będę czuła tylko ja! I ty masz dokładnie to samo i zazdroszczę CI ponieważ nigdy nie będę w stanie poczuć tego tak jak ty! Życię prowadzi mnie po różnych drogach, ale ja nadal mam przy sobie długopis i kartkę papieru. I tylko tyle wystarczy mi do szczęścia! Mogę przelać moje myśli na papier, stworzyć coś czego wcześniej nie było, wykreować rzeczywistość, jednym pociągnięciem ożywić postać i zburzyć górę. Słowem mogę zniszczyć świat i sprawić, ze dwoje ludzi będzie razem już na zawsze! Jednak nie tylko dlatego tworzę. Moja twórczość będzie wieczna, ja w to wierzę! Wierzę, że ludzie pokochają mój świat i przemienią go we własny czytając moje książki i moje wiersze, przeżywając przygody razem ze mną! Chcę tego i z całego serca wierzę, ze tak się stanie! Stworzę siat będący światem innych! Marzę o tym i ja wiem, że to marzenie się spełni! Wydam książkę i pokocha ją cały świat! Ponieważ.... ja chcę stworzyć coś pięknego! Coś niesamowitego, coś co inni pokochają, co sprawi że ktoś będzie się śmiał i płakała i odczuwał jak nigdy wcześniej! Chcę to zrobić, to jest mój cel i dokonam tego! Właśnie po to piszę by tworzyć by się śmiać, by kochać i płakać i by pokazać to wszystko innym! Jestem szczęśliwą czternastolatką z mnóstwem marzeń, psem, dwoma kotami i życiem, którego nie ma zamiaru zakończyć ani teraz ale dopiero wtedy gdy przyjdzie czas! Z życiem, które jest jej najcenniejszym skarbem i ma zamiar przeżyć je najlepiej jak  potrafi i pokazać je innym! Jestem dziewczyną która się nie boi, która ma zamiar pokazać innym siebie, nie bojąc się, że zostanie zraniona! Jestem dziewczyną, która wierzy w szczęśliwe zakończenia i w bajki, w to że marzenia się spełniają i że wszechświat może być mi winny jedno życzenie tylko dlatego, że udało jej się zdmuchnąć całego dmuchawca za jednym razem! Wierzę w cuda, prawdziwą miłość, lojalną przyjaźń i w to że o 12 w Wigilię mój pies przemówi! A przede wszystkim ja wierzę w swoje marzenia i mam zamiar za nimi podążać. Mogę być jedną z tysiąca, ale jestem wyjątkowa. Tak samo jak ty i ja w to wierzę! Wierzę w wiele rzeczy, które dają mi siłę by się uśmiechnąć i pokazać ten uśmiech innym! Oto kim jestem! Jestem zwykłą dziewczyną i jestem niezwykła na tysiąc sposobów! Mogę być kim chce! Ja w to wierzę. Oto mój manifest, to czym jestem i coś jeszcze. To kim będę.

sobota, 14 maja 2016

No, no raz się przegrywa, raz się przegrywa czyli o inwencji twórczej... a raczej jej braku

Wygląda na to, że zostałam sama na polu boju. No cóż, raz się przegrywa, raz się przegrywa.
Tu jest chyba ten moment, w którym ogłaszam wszem i wobec, że przegrałam, kończę pisać. Tak, wiem, jeszcze kilka miesięcy temu pisałam, że jest to dla mnie wszystkim.

...Ale teraz już bardziej niczym, bo nic nie piszę już od dość długiego czasu. Moja druga część książki leży nie dokończona, ba powiedzieć, że jest rozwinięta to byłoby kłamstwem, więc hmm... na pewno jest zaczęta. I na tym etapie już chyba pozostanie.

Od początku pierwszej gimnazjum napisałam ponad sto fraszek, tej klasie też pisałam na nie legalu moje pierwsze duże opowiadanie, jeszcze fantasy, o aniołach.  Nie skończyłam go, pogubiłam zeszyty. część spaliłam a napisałam w sumie dwieście- ileś tam storn.

No i w końcu zaczęłam pisać "dzieło moich lekcji chemii" czyli tak bardzo ambitną, oryginalną, opowieść o szkole i zbuntowanych nastolatkach. Było to dla mnie całym życiem, pisałam pierwszą część pod koniec pierwszej g, a na wakacjach skończyłam i nawet przepisałam na komputer, też dwieście- ileś tam stron.

Skończyłam, wydrukowałam na domowej drukarce, zaprojektowałam nawet okładkę, bo lubię rysować i zaczęłam pisać drugą cześć. Sto stron. Zaczęłam też przepisywać na kompa, ale nie skończę. Coraz częściej siadałam przed tym durnym zeszytem i tylko gapiłam się na kartki w kratki. Byłam taka zafascynowana, miałam tyle pomysłów, ale potem szlak trafił dalszą część, coraz rzadziej pisałam więc straciło to siłą rzeczy jakąś ciągłość. No i na tym stanęło, na niedokończonym zdaniu, nie dokończonej opowieści o czwórce nastolatków.

Potem jeszcze próbowałam, sklecić jakąś dalszą część dr. Housa na papiersze, skończyło się na nie całych dwóch stronach. Potem na chemii powstał jaki- taki prolog do książki typu "Czerwona królowa" czy "Rywalki". Ale na tej samej lekcji trafił podarty do kosza. 

Tak więc,  kończę.

Może na blogu od czasu do czasu się pojawię, z jakąś recenzją, albo przemyśleniem. Ale żadnych opowiadań nie będzie, w sumie... nigdy ich nie było. Papatki.

Hope.



"Kończyć coś to równocześnie coś rozpocząć"

"Teoretycznie to już koniec, ale praktycznie w środku coś jednak nie pozwala zapomnieć."

"I'm sorry I pushed you away. It;s what I do when I'm afraid."




sobota, 7 maja 2016

"Wbijaj na kwadrat" czyli lekcja języka polskiego

W mojej szkole ogólnie cały czas jest zabawnie i wszyscy śmiejemy się z czego popadnie.
Dzisiaj nie było inaczej a entuzjazm i tzw. ADHD udzielało nam się jak zwykle, jednak atmosfera na  ostatniej lekcji była trochę... no nazwać ją "luźną" to za mało. Był nią polski, bo niestety odwołali nam wf na którym zwykle byśmy się wyszaleli. Lekcja, temat: "Styl- czyli (to czego nam brakuje) język odpowiedni do sytuacji". Po kilku nudnych wykresach rozróżniających styl artystyczny od publicystycznego, przeszliśmy do tekstu z podręcznika, w którym pojawiały się z pewnością wszystkim dobrze znane zwroty typu: wbijaj... (może nie na kwadrat) ale na chatę, skróty: zw, cr, nwm, lol, SWAG, elo mordo i takie tam inne.

Nikt nie z nas natomiast nie słyszał o słowach pojawiających się na dzisiejszej lekcji w podręczniku jak: dereń, czerep, immunitet, insurekcja, pomijam fakt, że pochodzą one z obcych języków, ale yolo.

Jak zaczęliśmy rozmawiać o naszych wpadkach wiedzowych i językowych przypomniało nam się co takiego. Że przecież każdy inteligent wie, że "Hefajstos był mechanikiem", "Prometeusz ukradł ludziom ogień", "Syzyf był bardzo złym człowiekiem, który turlikał kamyczek pod górę i że ten kamyczek mu się wymsknął, gdy był już prawie, prawie na końcu dlatego też został ukarany przez bogów Olimpu", a  "Persefona była żoną Zeusa". Tak, wiem Mitologia Grecka- opanowana PRAWIE do perfekcji.

Podobnie jak "Zemsta". Temat lekcji brzmiał: "Aleksander Fredro- Zemsta. Test z lektury- to jest jakaś porażka".

Często też zdarza się tak, że zamiast rozmawiać na polskim o "Panu Tadeuszu", komuś nagle przypomina się, że w szóstej klasie miał zamiar zadać pani od WDŻR nurtujące pytanie, ale albo zapomniał, albo pani go olała. Na szczęście na polonistów zawsze można liczyć, i niezwykle fascynujący życiorys Adama Mickiewicza zostaje zastąpiony dyskusjami o aborcji, IN VITRO itp.

Również w kwestiach wiary możemy zwrócić się do pani od polaka, jak przystało na porządnych polonistów zaczynamy rozmawiać o książkach typu... "Harry Potter", no bo czy to przypadek, że na stronie sześćset sześćdziesiąt sześć znajduje się opis obrzędów satanistycznych?

Czasami jednak przeginamy i to dość mocno, albo "wypuszczamy się jak gumka z majtek" gdy nikt nie ma zamiaru słuchać o naszych wątpliwościach. Wtedy pani bierze pisak do tablicy, przywołuje kogoś z nas wzrokiem, woła: "orientuj się" i rzuca. Jeśli ktoś złapie, ma szczęście i jeszcze dwa upomnienia w rezerwie. Jeśli nie.., strach pomyśleć co będzie się dziać.

A wtedy zacznie się wpisywanie uwag. Uwag pod tytułem "rzuca granatem podczas lekcji", "śpiewa na lekcji muzyki" i takie tam, inne...

Za rok egzaminy i zobaczymy czy będziemy wiedzieć coś oprócz tego, że "Harry Potter to zło wcielone".

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Szkolne życie

Czy Wy też tak mieliście, że Wasze szkolne życie toczyło się w toaletach? Albo w jakiś zakazanym miejscu gdzie gadaliście z płcią przeciwną? Tak mnie coś naszło ta takie tematy, ponieważ dzisiaj gadałam z chłopakiem z klasy, do której teraz wróciłam po półtora rocznej przerwie, o tym jakie mieliśmy odpały w podstawówce.

I jakbym miała to podsumowywać to większość przerw, a czasem również lekcje spędzałam siedząc na parapecie w toalecie z dziewczynami z klasy, gdy nauczyciele wyganiali nas z tego niezwykle pachnącego miejsca przemykaliśmy się na schody do pracowni informatycznej z których prawie nikt nie korzystał.
W podstawówce w toaletach na prawdę dużo się działo. Pomijam całowanie się, (tak chłopak z dziewczyną w damskiej toalecie)  bo to jest oczywiste. Ale większość szybkich rozmów z psychologiem, gdy w podstawówce ktoś uciekał tam płakać. Kłótnie, obgadywania, zwierzenia, słuchanie muzyki, używanie telefonów, robienie ściąg. Całe prawdziwe życie szkolne toczyło się w toaletach.
Do czasu kiedy nauczyciele na dobre nas stamtąd wygonili.  Wtedy właśnie uciekaliśmy na schody, siedzieliśmy skuleni prze drzwiach, żeby nas nie zauważyli.

Tak było w podstawówce. Teraz wszyscy jesteśmy w gimnazjum. Lizaki zamieniły się w e- papierosy. Do toalet nie ucieka się już gadać tylko palić. A jak ktoś chce, żeby nikt go nie znalazł nie idzie na schody, tylko na dziesięcio- minotówce całą grupą, pięć osób z jednej klasy wybiega do lewiatana na rogu ulicy.
Teraz nikt już nie przejmuje się jedną jedynką czy uwagą. Ważne jest, żeby nie mieć zagrożenia i dobrze się bawić. Dorośli mogą to uważać za niedojrzałość, ale czy takie przypadkiem nie jest właśnie życie? Nieprzewidywalne, szalone. Czy nie jest podróżą przez chwile gorzkie i słodkie?

No i jak z tą nauką? Tak szczerze, czy jeśli będę pisać książki to czy ktoś będzie w życiu codziennym pytać się mnie kiedy miejsce miało zdobycie Konstantynopola przez Turków? (w 1453 jak nie wiecie, ale ja właśnie przepisałam to z zeszytu z historii).  Oceny są ważne, a raczej nasza wiedza. Tak, warto w życiu nie być głąbem, ale bez przesady ;)

Najważniejsi są ludzie. To oni nas kształtują, to oni mają na nas największy wpływ. Ale nie można przez całe życie siedzieć w ławce obok pupilka pani wychowawczyni!!! Bo takie nie jest życie.
Trzeba poznawać, doznawać i wyrabiać swoje własne zdanie na różne tematy.






środa, 30 marca 2016

Zakończenia. UWAGA nie czytaj jeśli masz zamiar przeczytać książkę "WSZYSTKIE JASNE MIEJSCA" -SPOILER

Zakończenia nie mają najmniejszego sensu.
Zakończenia nie mają najmniejszego sensu, no chyba, że narrator, który jest też bohaterem książki umiera. Wtedy owszem, książka kończy się wraz ze śmiercią i dlatego też zakończenie ma sens, wnosi coś do książki, dlatego,  że musi.
W każdym innym wypadku jednak zakończenie nie ma sensu. Książka to życie, książka się kończy. Życie niekoniecznie. Dlatego też zakończenia mają największy sens... gdy go właśnie nie mają. Gdy zakończenie nie kończy niczego, albo jest za końcem historii. Nie powinno, niczego wyjaśniać, ewentualnie zadawać pytania, dawać wątpliwości. Nie zaczynać niczego nowego.
To wcale nie jest tak, że zakończenie jest podsumowaniem książki. Niby z jakiej racji? Zakończenie to zakończenie,. Można by wręcz napisać, że zakończenie to początek, lub całość nowej książki.

A teraz powiem Wam skąd te moje przemyślenia. po pierwsze długo gadałam o tym z Burzą, bo co do tej kwestii mamy totalnie odmienne zdanie. Jednak do napisania tego postu popchało mnie zakończenie niezwykłej książki "Wszystkie jasne miejsca".

Zakończenie w tej książce było kontr- podsumowaniem całej fabuły. Jak inaczej nazwać to, że przez całą książkę ludzie odnajdują tyle powodów do życia, są naprawdę szczęśliwi (nie na pokaz)... a na końcu popełniają samobójstwo?  Owszem jestem trochę otępiona, otępiała, ale rozumiem dlaczego tak się stało. Nie będę przytaczać jednak fabuły, powiem Wam tylko dlaczego to rozumiem.

Przez całą książkę główni bohaterowie szukali czegoś co zatrzyma ich na tym świecie. Znaleźli, siebie. Słodko, prawda? I kiedy już myślałam, że wszystko będzie dobrze... buch, bach. Samobójstwo chłopaka, żałoba dziewczyny, powrót do szkoły i koniec książki. Zakończenie niczego nie wyjaśnia, burzy wszystko co wierzyłam od początku. Tak jak czasem z życiem, prawda?

Książka to życie, koniec naszego życia nie musi podsumowywać czy żyliśmy dobrze czy źle.
Książka sama w sobie jest podsumowaniem przemyśleń autora.
Zakończenia nie mają zakończeń.



sobota, 19 marca 2016

Czy wspominałam, że cię kocham- Estelle Maskame


To miały być dla Eden normalne wakacje, tylko, że spędzone razem z nową rodziną jej ojca. Jej rodzice rozwiedli się kilka lat temu, ale dopiero teraz  dziewczyna dostała jakąkolwiek informacje od ojca.
Teraz ma pojechać z Portland do Santa Monica w Kalifornii. Cała rodzina wydaje się być całkiem miła, nie licząc sarkastycznego i zbuntowanego Tyler'a Bruce. Dziewczyna nie zamierza przejmować się zaczepkami, a raczej całkowitym lekceważeniem ze strony chłopaka. Nie jest to jednak zbyt łatwe.
Doskonale wie, że nie powinna się nim interesować. Tyler ma się jej kojarzyć z alkoholem, trawką, jednym słowem z "dupkiem". Nie da się jednak spędzić całego lata w towarzystwie ojca lub jej drugiego dwunastoletniego brata. Tyler i jego paczka biorą więc Eden pod swoje skrzydła i jest tak jak się tego spodziewała, pozwalają jej doświadczać zupełnie nowych dla niej przeżyć- imprez, plażowania...i łamania zasad.
Dziewczyna, im bardziej go poznaje, tym bardziej jest zafascynowana jego życiem. Nie może sobie jednak pozwolić, żeby fascynacja zmieniła się w bardziej intymny sposób. W końcu to jej przyrodni brat!
Z czasem dziewczyna odkrywa co kryje się za beztroską i nie zbyt rozsądną postacią chłopaka. A to prowadzi do jeszcze większej fascynacji, zrozumienia ale też do rozczarowania i bólu. A żeby nie było zbyt sielankowo, okazuje się, że Tyler ma dziewczynę. Coś jest jednak nie tak, skoro mówi, że kocha Eden, ale nie może zerwać z Tiffany...

 Nie lubię książek o miłości, są one naprawdę przereklamowane. Tutaj jednak, choć miłość jest tutaj wątkiem głównym, nie przeszkadzało mi to. Jest tu też dużo zwrotów akcji, tak że nie miałam pojęcia, jak się skończy książka. Po przeczytaniu każdej kolejnej strony myślałam sobie: "a, no to pewnie skończy się tak...", ale za chwilę nie byłam już tego taka pewna.


Jest to idealna historia o miłości, dla osób które nie lubią romansów.
Idealne przedstawienie ciężkich problemów, i nie do końca beztroskiego życia, dla osób które nic chcą dołować się przy czytaniu książki.
Idealna książka o nieidealnym życiu.




piątek, 4 marca 2016

"Heroes of Our Generation..."

... czyli prawdziwe Znaczenie Książek

Po co są książki? Dlaczego je czytamy? Czy są one potrzebne? Niby proste pytanie, nie sądzisz? Każdy z nas ma na to jakąś odpowiedź, która jest według niego najlepsza. I ma rację. Ale teraz, grzecznie Cię proszę, wysłuchaj mojej prawdy, a być może dodasz ją do swojego twierdzenia.


Lubię czytać i nie kryję się z tym. Książki uważam za niesamowitą rzecz i najlepszy wynalazek ludzkości. Jednak dlaczego? Cóż, dzięki książce, w ułamku sekundy, mogę zatopić się w innym świecie i to jest jej najlepsza cecha. Na tych zwykłych kartkach mogę okrążyć cały świat w 88 dni, pokonać tyrana na grzbiecie smoka i stanąć do pojedynku na czary. Niesamowite? Nie łapiecie o co chodzi? Zapewne wielu z was słucha muzyki, najczęściej na słuchawkach. Też uwielbiam to robić, a zawsze uderza mnie to jak tworzy to mój mały świat, gdzie tylko ja słyszę muzykę i tylko ja mogę do niej tańczyć. A mimo to nigdy nie jestem w stanie podgłośnić muzyki na tyle (lubię stan moich bębenków usznych) by całkowicie zagłuszyć świat wokoło. Cały czas będę słyszała czyjeś kroki, szmery rozmów, trąbienie aut, miauczenie kota, szczekanie psa. Zawsze. Natomiast gdy otworze książkę, dosłownie się w niej zapadam, znikam, doszło już od takich sytuacji, że nie usłyszałam kto co do mnie mówił, choć stał obok, tylko dlatego, że czytałam. Czy to nie niesamowite? Pozwala to w kilka chwil oderwać się od nudnej rzeczywistości, odpocząć od stresujących sytuacji, bo wchodzimy do świata gdzie wszystko jest możliwe. Do świata, który sami sobie wybieramy.


Czy to więc jedyny argument na to, że książki są potrzebne? Nie. Popatrzymy na nas i na jedno pokolenie wstecz, na naszych rodziców (proszę się nie bać, to naprawdę nie jest tak daleko). W ich czasach podróże były niezwykle utrudnione, przynajmniej w Polsce, żeby wyjechać z kraju trzeba było ogromnych ochów, achów, biurokracji i wysiłku. Technologia nie stała też na takim poziomie jak teraz i nie mieli oni aż tylu perspektyw jak my teraz. Pewnie większość z was (mam nadzieję, że każdy) kojarzy serię "Tomek na Czarnym Lądzie", "Tomek w Grobowcu Faraona" itd. Wyobraźcie sobie teraz jakie niesamowite możliwości otwierały te książki. Podróże za tak nie wiele, przygody, które zapierają dech w piersiach. Coś tak rozległego, praktycznie cały świat, zawarty w niepozornych, papierowych stronach. Książka daje możliwość życia tysiącami żyć w jednym, to najprawdziwsza prawda.


Składamy się z książek. Nie, to nie żart. Podświadomie, lub nie szukamy wzorców. Kogoś lub czegoś co moglibyśmy naśladować, coś co uznamy za warte podziwu i godne naśladowania. A cóż jest bardziej godne naśladowania niż postacie takie jak pewien Hobbit z Shire, Chłopiec, który Przeżył, Dziewczyna Igrająca z Ogniemm Syn Posejdona,  czy Pierwszy Skoczek? Mimo że nie przeżywamy takich przygód jak oni na własnej skórze, jesteśmy ich cichymi towarzyszami, oddziaływują oni na nas niczym żywi ludzie. I choć wiele osób przestaje teraz czytać, na rzecz telefonu i Internetu, to nadal wiele osób bierze przykład z tych bohaterów. I mimo wielu przeszkód, stali się oni Bohaterami Naszej Generacji.

Świat, który jest zawarty w książkach pozwala nam, dzieciom marzącym o podróżach, przygodach, walkach ze smokami, czy byciem ratowanym przez księcia na przeżycie przygód o jakim nam się nie śniło. To magia. Magia, którą zamierzam pielęgnować. I chyba wiem, czego boję się najbardziej na świecie. Boję się, że moje dziecko nie polubili czytania. Myślę, że to najgorsza rzecz, jaka mogła bym mnie w życiu spotkać.
~ Burza

środa, 2 marca 2016

Wyścig śmierci "Jest pierwszy dzień listopada, więc dzisiaj ktoś umrze."

Hejo tu Hope. Miałam dzisiaj na dziewiątą w szkole więc trochę sobie poczytałam. Książkę, którą od przyjaciółki dostałam już... ze trzy lata temu? Ale jakoś nie mogłam się zabrać za czytanie. "Wyścig śmierci" Maggie Stiefvater. Nazwisko znane pewnie fanom "Drżenia", jednak Wyścig jest czymś zupełnie innym.

Książki jeszcze nie skończyłam, ale jestem tak zaaferowana, (czytałam prawie cały dzień, w tym na chemii)  że już teraz coś- nie coś Wam o niej napiszę.

Każdego roku na wyspie Thisby odbywa się  Wyścig Skorpiona. Jeźdźcy na swoich rumakach, szalenie niebezpiecznych muszą zrobić wszystko żeby dostać się do mety.
Jednak dla niektórych nie jest to tylko walka o wygraną, i przeżycie. Dla Kate "Puck" jest to walka  o szansę na lepsze życie codzienne. Bo po tym jak umarli jej rodziców, a jej starszy brat uciekł kilka dni przed konkursem jeźdźców, musi zadbać o to by nie stracić też domu i schronienia dla młodszego brata.

Sean Kendrick zwyciężył w zawadach już kilka razy. Teraz musi wystartować raz jeszcze by zatrzymać swojego kochanego rumaka i zapewnić sobie przyszłość.

Zwycięzca może być tylko jeden.


Czytam, pochłaniam teraz książkę i cały czas doszukuję się w niej wątku miłosnego. I to właśnie jest niezwykłe w tej książce, bo na razie nic nie wskazuje na to, że taki się pojawi. A główni bohaterowie rozmawiali ze sobą tylko raz przez 254 strony! I choć oprócz pasji do koni nie łączy ich nic więcej,  a on chyba nawet nie zna jej imienia, książka uzależnia.

Nie wiem sama czego się spodziewać. Czy ktoś zginie? W końcu to Wyścig Śmierci. Czy Puck poukłada sobie życie? Czy wróci do domu jej brat? Czy Sean zatrzyma swojego ukochanego konia? Czy on i dziewczyna poznają się bliżej? I w końcu- kto wygra? Nie wiem jeszcze jak się kończy, ale bez wątpienia wiem jedno- warto.
"JEST PIERWSZY DZIEŃ LISTOPADA,  WIĘC DZISIAJ KTOŚ UMRZE"



czwartek, 11 lutego 2016

Wybrani- C.J Daugherty

Oj już dawno obiecałam, ale totalnie o tym zapomniałam. Przepraszam. Ale teraz już jest RECENZJA WYBRANYCH- C.J Daugherty.

To zdecydowanie jedna z moich ulubionych książek.  Jak już pisałam autorka była tej jesieni na Targach Książek w Krakowie, niestety nie udało mi się zdobyć autografu (smutam) ale za to stałam z nią twarzą w twarz, kiedy szła na scenę, przygotowując się do wywiadu z czytelnikami. Niewiarygodne uczucie.

... Ja tu bla bla bla, ale przejdźmy do Książek.

"Świat Allie legł w gruzach. Jej ukochany brat zaginął, a ona została aresztowana – kolejny raz. Rodzice podejmują desperacką decyzję o wysłaniu dziewczyny do elitarnej szkoły z internatem. Akademia Cimmeria nie jest jednak zwyczajną szkołą. Panują tu dziwne zasady, a uczniowie to w większości bogate dzieci wpływowych rodziców. Kiedy jedna z uczennic zostaje zamordowana, Allie zaczyna rozumieć, że Akademia Cimmeria skrywa mroczny sekret. Czy w jego odkryciu pomoże dziewczynie przystojny Sylvain? A może outsider Carter?
Jaką tajemnicę kryje historia rodziny dziewczyny? Kim tak naprawdę jest Allie?"






Choć bez wątpienia chłopaki są w życiu Allie ważną częścią, nie jest ona najważniejsza. A może jest, ale dziewczyna nie może sobie na to pozwolić? 

Komu można zaufać, gdy wszyscy wkoło  kłamią?
Jak stać się odważnym i silnym, a czy miłość i pokrewieństwo to to samo?

Niezwykłe w tej książce jest to, że pokazała mi, że nie należy się poddawać, choć o tej kwestii mało jest w książce. Że należy w siebie wierzyć, i że każdy ma prawo do popełniania błędów.  Pokazuje jak bardzo niszczy chciwość, i jak dużo daje wytrwałość. Bo choć sytuacja Allie była na początku totalnie beznadziejna, powoli widzimy jak z buntowniczki staje się ona przyjaciółką, dziewczyną, na którą się patrzy i już się wie, że można jej ufać.

Wiele jest postaci, przy których myślę sobie "chciałabym taka być", ale przy Allie czuję to o wiele bardziej. I sądzę, że wbrew przeciwnością chciałabym nią być.


Wciągająca do ostatniego słowa, zaskakująca i romantyczna. Cudowna. BARDZO PRZEPRASZAM ZA SŁABĄ JAKOŚĆ... choć jak to się mówi "nie oceniaj książki po okładce" Musiałam, po prostu musiałam wstawić swoje zdjęcie z tą książką. :)



- Hope.

niedziela, 7 lutego 2016

"Wszyscy kłamią" Co się kryje za fiolką vicodinu? Czyli Doktor House.

Mój dzisiejszy post będzie dotyczyć mojego mistrza ciętej riposty, chyba najbardziej znanego diagnosty. Poznajmy doktora House'a.  Zakochałam się w postaci, jeszcze bardziej niż w serialu. Sądzę, że ten niezwykły, lubiany... powiedzmy to w prost... narkoman, zasługuje na jego umiłowaną analizę...

Ci którzy mnie znają uważają mnie za drania i dupka, ci którzy nie, widzą kalekę, i za takiego mnie uważają. 

Dr House, faktycznie dla przypadkowych przechodniów, osób w autobusie jest po prostu facetem o lasce. No chyba, że w autobusie jedzie jego znajomy, Amber lub jakiś inny podległ mu lekarz.

 Ci którzy mają to szczęście, albo i nie, że zostają pacjentami Gregorego z początku widzą (o ile w ogóle go zobaczą)... no znowu kalekę. Po jakimś czasie pod wpływem jego szalonych badań, i często absurdalnych diagnoz, zaczynają go uważać za nie- człowieka, szaleńca. No bo kto prosi pacjenta, żeby wstrzyknął sobie truciznę do żył? Albo łyka przy chorym już piątą tabletkę vicodinu? Niektórzy uważają go nawet za beznadziejnego lekarza. Nie współczuje chorym, uważa ich za obiekt badań. Śmieje się z nich, jest często okrutny nie tylko w słowach.

Są jednak osoby, które go znają, albo przynajmniej im się tak wydaje.Wciąż mają nadzieję, że "da się go naprawić", Sami nie potrafią się zdecydować, czy dr. House jest dobry, czy jest w nim coś z człowieka. I dają mu szanse, na pokazanie, na próbę przekonania ich, że jest tego wart. Ale on chyba tego nie chce, skoro każdą szansę zaprzepaszcza. 

Ojciec House bił go, tak przynajmniej jest jego wersja. Czy znając ją można mu wybaczyć żarty z Tauba, wjechanie autem w garaż Cuddy?  Czy można przekładać ból nogi na znęcanie się nad studentami, i używać jako niemego usprawiedliwienia... wszystkiego? 

Czy zaaranżowanie własnej, pozornej śmierci jest tylko wynikiem egoizmu i dążenia do tego żeby było "ciekawie"? 

Dr. House niby taki zabawny, sarkastyczny czasem wręcz okrutny. Jak widać dużo jest tu pytań, brak cudownych odpowiedzi. Ale przecież to House wydostał swoich lekarzy z aresztu.


Czy faktycznie "wszyscy kłamią" za każdym uśmiechem kryje się łza, a w "żartowałem" jest zawsze odrobina prawdy? 










czwartek, 4 lutego 2016

Płytko

Czyj to kolorek?... Ostatnio pomyślałam "Boże, ale te moje teksty są strasznie płytkie". I nie wiem... czy to prawda, ale sądzę, że żaden tekst, wiersz, ani opowiadanie nie może być całkowitym dnem. No chyba, że pisze się coś na siłę... wtedy, być może. Ale w innych wypadkach, przecież te słowa wychodzą prosto z naszych głów. Są tym co myślimy, a żadne nasze osobiste myśli nie mogą być przecież płytkie.W ciągu ostatnich dwóch lat napisałam trzy opowiadanie po dwieście stron. Jedno ostatnio spaliłam, rozpaliłam ogień w kominku i wrzuciłam zeszyty. Po prostu czułam się jakbym wyrosła z tego co napisałam. Ostatnio jednak znalazłam jeszcze jedną część tego opowiadania, i pewnie skończyłaby tak samo, gdyby nie Burza, która stwierdziła, że jeśli mam to spalić,to ona powinna to zabrać. I chyba tak zrobiła, nwm bo nigdzie tego nie mam,

Czasami czytam książki i też o nich tak myślę: "Ale żenada, przecież te dialogi są tak naciągane...". Lecz czasami zdarza się tak, że autor pisze pod wpływem towarzyszących mu w tym momencie emocji. Nie trudno jest odkryć drugie dno, ale czasem trzeba się zastanowić, czy możliwe jest istnienie trzeciego dna.


Nie należy jednak o tym myśleć gdy się pisze, bo wtedy może i Płytko nie jest, ale na pewno może wyjść za sztucznie. A to jest jeszcze gorsze. 







środa, 6 stycznia 2016

Szukając siebie i inspiracji

... Witam po przerwie.Tutaj Hope
Wracam do domu, słuchawki na uszach grają muzykę, zdecydowanie zbyt głośną. Nie za bardzo mi to przeszkadza. Lubię różne gatunki muzyki, ale ostatnio zakochałam się w zespole, który niestety już rozwiązali, Budka Suflera, czyli wokalista z niezwykłym głosem- Krzysztof Cugowski, Romuald Lipko i inni... zespół miał wielokrotnie zmieniany skład, dlatego też nie będę wymieniać wszystkich członków.
Trzeba przyznać, że zespół jest, a raczej był (jęk żalu) dość stary, bo działał od 1974 roku, do 2014. Jednak możliwe, że tak mądre i trafiających tekstów piosenek, na dodatek polskich, się już nie pisze.

Poznać siebie. Sądzę, że to ważna część pisania... czegokolwiek. Bo przecież wtedy, wiemy co chcemy napisać, o co nam chodzi.A gdy wiemy o czym piszemy, staje się to niemal tak łatwe jak oddychanie. To niezwykłe, bo w repertuarze Budki znajdę tekst do każdego nastroju. Do smutku, melancholii, złości, radości. Szukam w tych tekstach siebie. Nie wiem czy znajduję, ale przynajmniej tak mi się wydaje. Słowa trafiają prosto do mojego serca i są również niezwykłą inspiracją zarówno do wierszy jak i rozdziałów w opowiadaniach.

Do życia, do tańca
Skradamy się na palcach
Gdy swego dopniemy,
Wszystkiego na raz chcemy
I wszystko bierzemy,
Bierzemy, co się da


Miałam pisać o Duszy, a skupiłam się na nieistniejącym zespole, choć jest tego wart...

Lubimy czytać, słuchać muzyki, oglądać filmy. To dodaje nam inspiracji, i nie mówię tylko o tych związanych z twórczością. Ale ważny jest też sposób, w jaki wyrażamy siebie. Na przykład poprzez pisanie :), rysowanie, czy granie na jakimś instrumencie. Bo nie należy tylko brać, czerpać, ale również dawać coś od siebie.