Nie bądź lama!

Ty, tak ty, kimkolwiek jesteś i na ten blog zawitałeś!
Być może, coś źle kliknąłeś, być może Ci się nie chce...,
Ale zostaw komentarz, to uraduje me serce
Wasze komentarze motywują nas do działania i pomagają! Więc daj komka, nie bądź lama!

wtorek, 24 listopada 2015

Zakochana w śmierci czyli "Plaga samobójców"

"Plaga samobójców"
Suzanne Young

    
 "Od pewnego czasu w  USA śmiertelnie żniwo zbiera podstępna choroba. Zarażane nastolatki nie umieją walczyć z narastającym przygnębieniem i poczuciem bezsensu, które popychają ich do ostatecznego kroku; samobójstwa"

Rzeczywistość w którym słowo: "Smutek" i "depresja" są zakazane. Program mający na celu ochraniać przed targnięciem na swoje życie prowadzi,... właśnie do tego.

Udawanie perfekcji i nie okazywanie uczuć? To trudniejsze niż się zdaje. Sloane jest silna, wierzy w to i wierzy w to również jej chłopak- James. Starają się śmiać, wygłupiać i bawić się oraz uczyć się pływać razem z bratem Sloane.
Jednak jak długo można wytrzymać widząc, że jest nas coraz mniej? Że przyjaciele zabijają się, inni trafiają do Programu. Potem wracają, inni, zmienieni... bez wspomnień. 
Brat Sloane nie wytrzymał, choć istnieją również wersje, że po prostu się utopił. Sloane i Jamesa dopada depresja, a wraz z nią, to co nieuniknione- Program.

Nie odchodzą razem. James, choć pozornie silniejszy odchodzi pierwszy. Odchodzą jego wspomnienia. Następna jest Sloane. 
Czy da się zachować wspomnienia? Czy przy drastycznej terapii istnieje na to jakiś sposób? Czy James i Sloane jeszcze kiedykolwiek się spotkają? 


Zakochałam się!! I tak, wiem piszę to przy każdej recenzji ale... taka prawda.  Płakałam, wrzeszczałam.  Jeśli ktoś uważa, że dobra książka powinna wzbudzać w nas emocje. To "Plaga samobójców" jest czymś o wiele więcej...

Może i nie stało tak się nigdy naprawdę, ale wierzę, że kiedyś bardzo prawdopodobne jest, że tak się właśnie stanie, Niezwykle smutna i ujmująco prawdziwa.- Hope,



poniedziałek, 16 listopada 2015

UWAGA SPOILER!!! - Opowiadanie inspirowane Niezgodną

Napisane dzięki mojej koleżance, która jest z resztą wielką fanką tej serii. I jej to dedykuje.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tris otworzyła oczy. Wzięła głęboki wdech. Gdzie ja jestem?, to pytanie dźwięczało w jej głowie. Kim jestem? Powoli uniosła się na łokciach, omiatając wzrokiem okolice. Spróbowała wstać, czekając na ból,  który przeszyje jej czaszkę na wskroś. Ale nic nie poczuła. Dlaczego w ogóle czekała na ból? Nie wiedziała. Stała na łące, której trawa była koloru złota. Przykucnęła, głaszcząc lśniące źdźbła. Były przyjemne w dotyku. Nagle jej dłoń natrafiła na coś wilgotnego. Momentalnie wyprostowała się i odskoczyła. Woda. Rozluźniła się i stanęła nad brzegiem niewielkiego oczka wodnego. Pochyliła się nad nieruchomą taflą, której nieskazitelność zakłócało jedynie odbicie białego obłoczka, sunącego leniwie po niebie. Spojrzała na siebie z góry. Ze stawu zerkała na nią para brązowych oczu. To byłam ja? Ta dziewczyna w stawie była tym kim ja jestem? To ja? Pytania pozostały bez odpowiedzi. Poprawiła czarną kurtkę, zsuwającą się z jednej strony. Koszulka obsunęła się, odsłaniając czarne ślady na jej obojczyku. Zastygła w miejscu, wpatrując się we wzór. Z przyspieszonym oddechem, wyciągnęła dłoń i delikatnie przesunęła palcami po tatuażu. Te ptaki. 
Tris. Kolana się pod nią ugięły, gdy zalała ją fala wspomnień. Patrzyła na to wszystko jak film, jak na historię w której nie uczestniczyła.
-Ja..... nie żyje?
Podniosła dłoń do twarzy, jakby chciała sprawdzić czy nadal jest materialna. Była. Szloch wstrząsną całym jej ciałem, choć nawet nie zauważyła, że płacze. Wyciągnęła rękę w kierunku sadzawki. Przechyliła się, chcąc wniknąć w błękitną taflę, zapaść się i powrócić tam skąd odeszła. Jednak gdy tylko opuszki jej palców zetknęły się z gładką powierzchnią, wiatr dmuchną i Tris upadła na złotą trawę.
-Nie, nie, nie! - krzyczała przez łzy. Oczko wodne zniknęło. Złote źdźbła delikatnie, pod wpływem wiatru, muskały jej skórę jak kiedyś On.
- Tris - cichy głos przebił się przez smutek i żal jakimi ogarnięty był jej umysł. Znała ten głos.
-Mama? - uniosła się na łokciach, rozpaczliwie rozglądając na boki.
- Tris - na wzgórzu stała postać, jednak słońce lśniące plecami postaci nie pozwalało dojrzeć twarzy. Jednak po chwili rozpoznała znajomą sylwetkę. Wstała i, ślizgając się na trawie, podbiegłą do kobiety.
-Beatris - to imię zostało wypowiedziane z taką miłością. Wtuliła się w kobietę, czując się ponownie jak mała dziewczynka, której ciepły uścisk mamy odganiały nocne koszmary.
-Mamo, ja...
-Ciii kochanie, wiem. Ale już wszystko będzie dobrze. Obiecuję - szeptała jej do ucha. Ponad ramieniem mamy, Tris dojrzała kolejne znajome twarze. Poczuła jak po policzkach spływają jej łzy. Łzy ulgi i radości. Oni wszyscy, Ci o których myślała, że ich straciła, Ci których kochała, byli tu. Odwróciła swój wzrok, na miejsce gdzie wcześniej spoczywała sadzawka.

-Czekam na Ciebie, Cztery.


Mam nadzieję, że wam się spodobało, jednak nie mam za bardzo pomysłu na tytuł. Jakieś propozycje? Czekam. Burza.


niedziela, 15 listopada 2015

"Mara Dyer- Tajemnica", "Przemiana" i "Zemsta"

Jest to trylogia o niezwykłym życiu Mary. Nie jest to fantasy, choć zawiera fragmenty irracjonalne. Nie jest to też horror, ale czytając bałam się bardziej niż przy innych książkach tego typu. Nie jest to również mdłe romansidło, choć niewątpliwie wątek miłosny ubarwia tę niesamowitą historię, zwykłej nastolatki..

Po tragicznym wypadku Mara traci pamięć i zaczyna widzieć śmierć innych ludzi na chwilę przed jej nastąpieniem. Od tej chwili nic nie jest zwyczajne... Kim tak naprawdę jest Mara?

"Gdy niemożliwe staje się rzeczywistością...
 Po tragicznych zdarzeniach z przeszłości Mara Dyer robi wszystko aby powrócić do normalnego życia. Lekarze, nauczyciele, rodzina- niemal wszyscy są przekonani, że powtarzające się wizje to jedynie efekt traumy, jaką Mara przeżyła w ruinach zakładu psychiatrycznego. Z czasem ona sama również przestaje sobie ufać- ale przeszłość wciąż o sobie przypomina... Nieustannie towarzyszy jej przeczucie, że ktoś śledzi każdy jej krok- i, że nie odejdzie, dopóki nie dokona upragnionej zemsty. Tylko Noah zdaje się wierzyć, że tajemnicze wydarzenia to nie wina jego ukochanej..."

Nigdy jeszcze nie przeczytałam jednej trylogii w jeden dzień! No, jak widać to już przeszłość. Nie jest to książka w której da się przewinąć jedną stronę bez jej czytania. Bo wtedy stracimy tak dużo, że nie odnajdziemy się na następnej stronie, stracimy wątek. Czytałam, chłonęłam każde słowo. Nie jest to też książka w której możemy przewidzieć cokolwiek, co stanie się za chwilę. Zwroty akcji i niespodzianki znajdują się na każdej stronie.

Książka niewiarygodnie gra na emocjach,  to chyba jest najważniejsze. Jednak treść daje też dużo do przemyślenia. Nie wiem jak powinnam określić emocje z nią związane. NIEZWYKŁA, NIESAMOWITA, NIEMOŻLIWA, NIEWIARYGODNA, INNA.
- Hope. :)




PS: "Naprawdę nie nazywam się Mara Dyer, ale mój prawnik powiedział, że muszę się na coś zdecydować..."

sobota, 14 listopada 2015

Moje wypracowanie


Hejka to ja Eona... Zwykle denerwują mnie tematy prac szkolnych, nigdy nie wiadomo co napisać i czy spodoba się pani, jaka będzie ocena... Za zwyczaj nie jestem zadowolona z prac, które oddaje, ale ostatnio stwierdziłam, że mogę być dumna z tego co napiszę i nie ważne co pani powie... Oto rezultat, co sądzicie?

Długa droga - moje największe zwycięstwo”

           
Jestem tu już rok. Rok temu po powrocie do domu ujrzałam policyjny radiowóz. Powiedzieli "Nie żyją, zginęli w wypadku samochodowym".
            Z późniejszych dni niewiele pamiętam. Jakieś puste sale, białe ściany, jasno jarzące się lampki, ludzie w szpitalnych ubraniach, przytłumione głosy.

                                 Spędziłam wiele tygodni płacząc w poduszkę.

            Wszyscy mówili: "To powinno się już skończyć", " Przecież minęło już wystarczająco dużo czasu"
            Nie mieli jednak pojęcia o tym, przez co przechodziłam, pod naciskiem ich wyzwisk i ciągłych plotek, przestałam płakać. Mój ból rósł we mnie. Byłam jak tykająca bomba, którą wystarczy dotknąć, by wybuchła i zniszczyła wszystko wokół siebie. Przylgnęło do mnie przezwisko "wariatka".
            Dni są takie same. Każdy, kto jest tu dłużej, przestaje je liczyć. Siedzę w kącie mojego pokoju. Nie mogę spać. Dręczą mnie koszmary, a w nich moi rodzice giną. Zawsze.
                               Zaczynam zapominać ich twarze, tembr głosu.

Przeraża mnie to. Boję się wszystkiego. Zasypiam.


                                                                      ***

Budzę się na podłodze, skostniała z zimna. Wyjątkowo udało mi się przespać całą noc. Przez okno wpadają promienie porannego słońca. Patrzę na zegar. Jest 6:30. Opieram głowę o ścianę i zamykam oczy. Widzę obrazy, te same co zawsze. Ich śmierć przedstawiona na miliony sposobów. Z przerażeniem zrywam się z podłogi. Dyszę ciężko. Już nigdy nie będę mogła spokojnie zamknąć oczu.

            Była siódma kiedy usłyszałam ciche pukanie. Nie odpowiedziałam. Jak zwykle. Drzwi rozchyliły się lekko, ujrzałam starszego mężczyznę, był ubrany na biało, jak wszyscy tutaj. "Znów ktoś przyszedł, będzie pewnie czegoś chciał "
-Mogę wejść? - zapytał. Jego głos był spokojny. Milczałam. Wszedł do pokoju i delikatnie zamknął za sobą drzwi.
-Chciałbym porozmawiać - powiedział. Znów nie odpowiedziałam.
-Nazywam się doktor Lunel. Będę...
Przez godzinę coś opowiadał. Ja tylko siedziałam, a w głowie miałam pustkę, nic z tego, co mówił nie docierało do mnie. Następnego dnia przyszedł inny, a potem kolejny i jeszcze jeden. Każdy działał tak samo i każdy otrzymał ode mnie tyle samo uwagi. Nie wypowiedziałam ani słowa.

            Tej nocy znów dręczyły mnie koszmary, budziłam się niezliczoną ilość razy mokra od potu, z krzykiem na ustach. Nad ranem dałam sobie spokój z próbami zaśnięcia, siedziałam tylko na łóżku z szeroko otwartymi oczami. Starając się nie myśleć. Nie myśleć o nich.

***

            Gdy się ocknęłam, zobaczyłam nad sobą lekko pomarszczoną twarz kobiety. Była to starsza pani uśmiechająca się do mnie promiennie.
-Hej! Nazywam się Barbara, ale możesz mówić do mnie Baśka. A ty jak masz na imię?
Nieznacznym ruchem ręki wskazałam na swój podkoszulek, był to standardowy T-shirt. Dostałam go na początku mojego pobytu tutaj. Litery trochę już wyblakły, ale dało się odczytać moje imię. Dominika. -Dominika, tak? - wpatrzyłam się w ścianę. -Czym się interesujesz ? - powinnam być na nią zła, ignorować ją, tak jak robiłam to z innymi, a jednak pokazałam jej jak mam na imię. Tylko czemu? -Ja na przykład uwielbiam góry. Kiedyś... - słuchałam jej, choć chciałam wierzyć, że jest inaczej. Opowieść była ciekawa, momentami zabawna. Gdy mówiła, pierwszy raz od bardzo dawna poczułam coś. Szczęście.
***

Pierwszy raz od Ich śmierci miałam sen który nie był koszmarem.
Pierwszy raz od Ich śmierci uśmiechnęłam się.
Pierwszy raz od Ich śmierci wyjrzałam przez okno, a widok zachwycił mnie.
Pierwszy raz od Ich śmierci, odezwałam się.
Pierwszy raz, pierwszy raz byłam naprawdę szczęśliwa.
Dzięki niej.
***
            Kobieta przychodziła do mnie codziennie. Czasem opowiadała coś czasem milczała. Była jedyną osobą, z którą rozmawiałam, przy niej czułam się bezpiecznie i mogłam zamknąć oczy, nie widząc katastrofy. Wreszcie miałam "mamę".
            Kiedyś zabrała mnie do parku. Długo rozmawiałyśmy, patrzyłyśmy na zachód słońca, a ja chciałam zachować ten obraz w pamięci. Na zawsze. W drodze powrotnej zapytała mnie o rodziców. Wtedy po raz pierwszy opowiedziałam komuś swoją historię - Ich historię.
            Zaczęłam od dnia, w którym zginęli. Potem o snach, koszmarach, o ludziach, którzy przezywali mnie, o chłopaku z mojego gimnazjum, o starszej siostrze, o marzeniach związanych z jazdą konną. Mówiłam, mówiłam, mówiłam, a wraz ze słowami ulatywał ból, smutek, cierpienie i strach. Opowiadałam o mamie i o tym jakie dania robiła najlepiej i o tacie który namalował mi na ścianie w pokoju wielki kwiat. Płakałam i śmiałam się na przemian. Mówiłam chaotycznie, ale wiedziałam, że ona mnie słucha . Kiwała głową ze zrozumieniem. Czułam, że ma świadomość jakie to trudne zwierzać się z takich rzeczy, więc nie przerywała.
            Kilka dni później  Baśka zaproponowała, abym spotkała się z siostrą - Natalią.
Zgodziłam się. Minęły dwa lata odkąd ją ostatnio widziałam.
            Idę właśnie na spotkanie, jestem dobrej myśli, dzięki wsparciu Baśki i innych ludzi z ośrodka dla umysłowo chorych, w którym przebywałam, czuję się silniejsza.
            Myślę, że przede mną jeszcze długa droga, lecz zwyciężę i będzie to największe zwycięstwo mojego życia.
                                           
                                     
                                                                                                       "Istnieć, nie znaczy żyć"
                                                                                                         by Hope
                                                                                                               Eona