Siedzę na przystanku, wdycham krakowski smog i wkurzałam się na autobus, że tak rzadko jeździ, że mam dużo zadań, że muszę posprzątać, jednym słowem miałam dość ŻYCIA(nie chodzi o samobójstwo, tylko o takie znudzenie tym co się dzieje, złością na wszystko)... a potem zastanowiłam się, czy jest sens tak się wściekać. "Hej - pomyślałam - masz jedno życie nie zmarnuj go na złość". Zaczęłam, więc obserwować, ludzi, tramwaje, autobusy, nieliczne kępki trawy kiwające się na wietrze, a potem... zaczęłam "widzieć" emocje. Słyszałam Radość w śmiechu, współczucie widziałam w oczach, czułam wdzięczność w sercach... i wiele wiele innych uczuć nie do wyrażenia słowami. Oczywiście nie wszystkie były tak pozytywne, ale te gorsze gubiły się w morzu tych pięknych, dających nadzieję. To był dzień, w którym odzyskałam trochę wiarę w ludzkość, zachwianą przez książki psychologiczne, o problemach młodzieży i dzieci ( nawiasem mówiąc, polecam takie dzieła, uświadamiają nam problemy świata, ale to temat na kolejnego posta :))
A, zdarzyło się to w krakowskim smogu.
"Żyć, nie znaczy istnieć"
Eona
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz